Po pogrzebie, gdy wszyscy już są w domu, ludzie jedzą, piją i dzielą się miłymi wspomnieniami o denacie. Aż w końcu ktoś musi to powiedzieć, zwłaszcza po paru drinkach: „Wiesz co, myślę że on jest gdzieś tam na górze, uśmiecha się do nas i na pewno jest szczęśliwy”. A teraz. Po pierwsze – nie ma żadnego „tam na górze”. Żeby ludzie mogli się stamtąd „uśmiechać do nas”. To poetyckie, ciekawe, pewnie przesądnym ludziom daje pewien komfort. Ale nie istnieje. Ale jeśli jednak, jeśli jednak ktoś przetrwa swoją śmierć w jakiejś nie-fizycznej formie, to myślę, że będzie zbyt zajęty szeregiem różnych niebiańskich aktywności, żeby stać i się „uśmiechać do nas”.
George Carlin był bezkompromisowy, obrazoburczy i bezczelny. Jednocześnie prowokował, wręcz zmuszał do myślenia, często prezentował swoją wizję świata z żelazną logiką i konsekwencją, choć w swoich wystąpieniach nie unikał także abstrakcji. Podejmował tematy fundamentalne („Why are we here?”), ważne („Bomb them!”) i całkiem błahe („Ways to keep people alert”); wszystkie traktował jednak z właściwym sobie ironicznym, inteligentnym i zaskakującym poczuciem humoru. Miał niezwykłą zdolność celnej puenty i nie potrzebował wielu słów, by dotrzeć do sedna.
Na scenie obecny był przez ponad czterdzieści lat, dając się poznać szerokiej publiczności jako jednym z najbardziej złośliwych, wulgarnych, wręcz cynicznych komików. Jednocześnie był spostrzegawczy, inteligentny i błyskotliwy – zdecydowanie zyskiwał przy bliższym poznaniu. Szczególnie znany był ze swojego krytycznego podejścia do świata i wnikliwych obserwacji dotyczących amerykańskiego społeczeństwa oraz zakorzenionych w amerykańskiej kulturze tematów tabu. Pod koniec kariery szczególnie często poruszał tematy polityczne i religijne oraz wyśmiewał absurdy rządzące dzisiejszym światem.
W rankingu stacji Comedy Central uznano go za drugiego największego komika stand - up w historii rozrywki. Wyprzedził go jedynie Richard Pryor.